niedziela, 20 kwietnia 2014

Imagin Kremika - part tu

Macie mudżiny drugą część imaginka :3 Wybaczcie, wena się kończy, pracuję na resztkach :/

*Oczami [T.I.]*
Stałam w łazience i przyglądałam się własnemu odbiciu. Długie, falowane blond włosy, oczy niebieskie, opalona cera. Co ja sobie mam? Wykonałam szybki makijaż i ubrałam co wpadło mi ręce. Włosy rozpuściłam i wyszłam przed dom. Czekałam kilka minut, zanim czarny samochód podjechał pod mój dom. Z okna wychylił się brunet, szeroko się uśmiechając.
Pomachałam mu, okrążyłam auto i wsiadłam z drugiej strony, obok niego.
- Hej. Gdzie chcesz mnie zabrać? – powiedziałam z uśmiechem
- A to już niespodzianka. – spojrzał na mnie również z uśmiechem i ruszył.
Jechaliśmy chwilę w ciszy, aż w końcu chłopak włączył radio.
- A ty, gdzie zamieszkujesz? – spytałam ni z tego, ni z owego
- Ja? – wydawał się być wyrwany z myśli – Ja… z chłopakami w apartamencie, niedaleko centrum.
- Wpadnę do ciebie, jeśli tylko pozwolisz! – zaśmiałam się
- Zawsze. – zielone oczy Harry’ego zamigotały.
Spojrzałam za szybę i spostrzegłam czarne chmury, gromadzące się na horyzoncie.  Wiatr wzmógł się.
- Nie zapowiada się zbyt piękna pogoda – skrzywiłam się
- Zaraz się rozchmurzy – rzucił od niechcenia.
Wjechaliśmy w pole, droga była niemal pusta. Stopniowo szare kłęby zakrywały niebo i zaczęło kropić, aż rozpadało się na dobre. Niebo przeszyła pierwsza błyskawica, a drzewa poczęły się uginać pod naporem szalejącego wiatru. Liście i śmieci latały w powietrzu. Rosnąca na sile ściana deszczu uniemożliwiała dobre widzenie przez szybę, ale zdołałam ujrzeć ułamane konary i gałązki leżące już na drodze. Kolejny huk grzmotu przeszył przestrzeń, gdy na drogę tuż przed nami spadł wielki konar. Wrzasnęłam przeraźliwie, a Harry drastycznie zahamował.
- Zabierajmy się stąd! – powiedziałam zestresowana i przestraszona zarazem
- Niedaleko jest stacja benzynowa,  jazda w tych warunkach nie jest zbyt bezpieczna – powiedział chłopak i szybko zawrócił. Jechaliśmy dłuższą chwilkę, aż podjechaliśmy pod stację. Na parkingu stało pełno tirów i samochodów, pewnie większość drogowców z tych okolic postanowiło się tu schronić na czas nawałnicy.
Harry zaparkował w wolnym miejscu na krawężniku.
- Jak wysiądziemy? – roześmiałam się
- Jakoś – rzekł rozbawiony – raz…
- Dwa…
- Trzy! – krzyknął i w tym samym momencie wyskoczyliśmy z auta. Szybko pobiegliśmy do drzwi baru i wpadliśmy tam jak poparzeni ze śmiechem. Kilka sekund na deszczu wystarczyło, żebyśmy byli cali mokrzy.
Przeczesałam dłonią mokre włosy i wytężyłam wzrok w poszukiwaniu wolnych miejsc. Jednak w tłumie było to dość trudne. Ludzie tłoczyli się dosłownie wszędzie, ale kelnerki nie narzekały. Wyglądało na to, że ta obskurna knajpa miała wielką okazję na zarobienie sporej sumki, co pewnie zdarzało się rzadko. Nic dziwnego, lokal był lekko zaciemniony, w powietrzu unosił się swąd spalonego oleju i kiełbasy, a zaduch był okropny.
Na końcu sali, pod dużym oknem zauważyłam wolny stolik.
- Chodź… - pociągnęłam chłopaka za rękę i przeciskając się w wąskim przejściu między krzesłami, dotarliśmy do stołu.
- Przepraszam, to nie miało tak wyglądać … - usiadł i powiedział wyraźnie zawiedziony i speszony.
- Nie szkodzi  - uśmiechnęłam się pocieszająco – może jesteśmy skazani na co najmniej godzinne siedzenie w tym dość nieprzyjemnym miejscu, ale ważne, że jesteśmy razem, nie?
- Tak, masz racje… - uśmiechnął się słabo – wiesz… pójdę obczaić, co jest do jedzenia. Napijesz się kawy?
- Wolałabym herbatę – odparłam – kawy nie piję.
- A lubisz szarlotkę? – spytał
- Nawet bardzo – zaśmiałam się
- To idę… - westchnął chłopak i zniknął w tłumie
Spoglądnęłam za szybę, nawałnica rozpętała się na dobre. Westchnęłam i zwróciłam wzrok w stronę kasy. Odgarnęłam  włosy z czoła.
Do stolika podszedł jakiś grubas, chyba napity.
- W…wwolne? – wybełkotał, wskazując na krzesło naprzeciwko mnie.
- Nie – odparłam zimno i z odrazą zmierzyłam go wzrokiem. Zatoczył się i odszedł w tłum.
Nadszedł Harry z tacką i usiadł przy stole. Podsunął mi kubek z wrzątkiem i talerzyk z szarlotką. Sam pochwycił kubek z kawą.
- Co za dziura… - powiedział z lekką irytacją w głosie – nie ma tu nawet gorącej czekolady…
- A właśnie, dzięki… - objęłam dłońmi ciepły kubek  - a ty? Nie jesz szarlotki?
- Był ostatni kawałek, jest twój, ja nie muszę. – uśmiechnął się do mnie
- Owszem, musisz – ukroiłam kawałek ciasta i podałam mu na widelcu. Chłopak mimowolnie otworzył usta i pochwycił szarlotkę. Roześmialiśmy się razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz